Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty

pomidorowa jakiej nie znacie

Udostępnij ten wpis:
bez pomidorów świat byłby smutny.
wołałby rozpaczliwie o wynalezienie czegoś, co będzie pomidorem.

czy polska kuchnia jest pomidorowa?
na swój polski sposób.

najprostsza sałatka z pomidorów i cebulki
nieodłączny element kanapek (kanapka dzieciństwa: chleb z masłem i pomidorem).
fasolka po bretońsku (a taka polska jest, przecież!),
w postaci koncentratu pomidory lądują nierzadko w bigosie.
zawłaszczyliśmy sobie węgierskie leczo i spolszczamy je dodatkiem obsmażanej kiełbasy.
ale wszystko przebija polska "pomidorówka".
w chudym czasie przygotowana z kostki rosołowej i koncentratu i tak był ulubioną zupą dzieci.
i nadal jest.

co potwierdza moje małe Jagodzionko.

najlepsza ze świeżych pomidorów, z kawałkiem gotowanego mięsa, z makaronem i warzywami.
w chorobie - zaraz po rosole - u rekonwalescenta pojawia się właśnie zupa pomidorowa z ryżem. tak delikatna, że człowiek unosi się w powietrzu po jej zjedzeniu.

obecnie jednak, kiedy w Polsce tak popularna stała się kuchnia włoska, pomidory wręcz opanowały nasze stoły.
te domowe, oczywiście.
studenckie potrafią nadal straszyć obecnością zupa instant, czy w najlepszym - chociaż droższym - razem daniami na wynos.
kuchnia włoska pokazała nam pomidorowe sosy czy różne sałatki z udziałem pomidorów (np. caprese).

teraz również zaczynamy eksperymentować z zupami. nawet tymi klasykami, jak pomidorowa.
uwielbiam pomidorową mojej mamy. bardzo prosta z kluskami lanymi lub kładzionymi na skrzydełkach.
tym razem chciałam spróbować czegoś innego.

tutaj - jak zwykle - zainspirowana wyglądem i składnikami, postanowiłam zrobić
zupę pomidorową krem z bazylią na mleczku kokosowym.
cudowna. nieskomplikowana i całkiem szybka w przygotowaniu.
jeśli obawiacie się mdłego smaku mleczka, zapewniam, że jego nuta jest naprawdę bardzo delikatnie wyczuwalna. dzięki imbirowi lekko kwaskowa, charakterna lecz nie ostra. bazylia świetnie zupę aromatyzuje i... nie czarujmy się: tutaj naprawdę trzeba ją przetrzeć przez sito, ale trwa to bardzo krótko.

zupa pomidorowa z mleczkiem kokosowym


s k ł a d n i k i:

1 łyżka masła
1 łyżeczka oliwy z oliwek lub oleju roślinnego
1 liść laurowy
1 średnia marchewka, pokrojonej w dość grube plasterki
1 nieduża cebula, pokrojona w kosteczkę
1 mały ząbek czosnku, pokrojony na plasterki
2 cm kawałek imbiru, pokrojony w plasterki
1 łyżka mąki pszennej
5 średnich pomidorów, pokrojone na kawałki (można zastąpić tymi z puszki)
duża garść listków bazylii
250 ml mleczka kokosowego
szczypta cukru, sól i świeżo zmielony czarny pieprz

w y k o n a n i e:

1. w garnku rozpuścić masło z oliwą i dodać liść laurowy.
2. kiedy zacznie wydobywać się jego zapach, dodać marchewkę i smażyć ok. 2 min. dodać szczyptę cukru i sól. dusić przez 5 min.
3. do garna wrzucić cebulę, czosnek i imbir. dalej dusić przez kolejne 5 min. po tym czasie dodać mąkę i wymieszać. podgrzewać około minuty ale nie rumienić jej.
4. dodać pomidory pokrojone na kawałki, wymieszać i gotować pod przykryciem pół godziny, od czasu do czasu mieszając. doprawić solą i pieprzem.
5. po tym czasie wyjąć liść laurowy i dodać lekko posiekane liście bazylii i zmiksować na gładko.
6. dodać mleczko kokosowe, wymieszać i przetrzeć przez sito. zagotować.
7. podawać z ulubionymi dodatkami: niewielkie grzanki czosnkowe czy kleks zimnej śmietany lub jogurtu.

zupa pomidorowa z mleczkiem kokosowym

 

podpis

biało, biało, biało wszędzie. ragout z indyka.

Udostępnij ten wpis:
patrzę na krajobraz za oknem.
biało, biało, biało wszędzie.
jak w tej świątecznej piosence:

"całą noc padał śnieg cichy, cichy, cichuteńki.
przyszedł świt, a tu świat cały biały, bielusieńki,
jakby kto świata skroń gładził chłodem białej ręki
i powiedział szeptem doń: nic się nie bój mój maleńki."

białe czapki na gałęziach drzew.
śnieg wciąż pada.
wciągam na nogi skarpeto-buty, owijam szczelnie w wełniany kardigan i wchodzę do kuchni.

dziś będzie rozgrzewające ragout z indyka.

ragout z indyka


ragout z indyka

s k ł a d n i k i:

- 500 g piersi z indyka
- 40 g mąki pszennej
- 40 ml oleju
- 1/2 cytryny
- 20 g imbiru
- 1 gałązka rozmarynu
- 2 świeże pomidory
- 1/2 papryczki pepperoni
- 1 duża marchewka
- 2 mała cebula
- 2 ząbki czosnku
- 30 g rodzynek sułtańskich
- sól i pieprz

w y k o n a n i e:

1. pierś z indyka oczyścić, umyć i osuszyć, po czym pokroić na 2 cm kawałki.
2. cebulę i czosnek pokroić w kostkę a imbir w cieniutkie paseczki.
3. mięso obtoczyć w mące i podsmażyć na oleju w średniej wielkości garnku. dodać cebulę, czosnek i imbir. poddusić 3-4 min.
4. dodać w całości umytą i oczyszczoną (bez nasion) papryczkę a także obraną i pokrojoną w plasterki marchewkę.
5. pomidora pokroić na ćwiartki, a potem na kawałki podobnej wielkości, co pierś i dodać do garnka.
6. dodać 2 listki cytryny i gałązkę rozmarynu i podsmażyć przez chwilę (aż wyczuwalna stanie się cytryna i rozmaryn).
7. zalać 1 l wody i dusić przez ok 40 min na niewielkim ogniu aż mięso będzie miękkie. po 10 minutach wyjąć cytrynę i rozmaryn.
8. podawać mocno ciepłe albo na ryżu, albo w miseczce jak inne dania jednogarnkowe.

ragout z indyka


ragout z indyka


ragout z indyka


podpis

 

 

 

przetworowy sierpień. suszone pomidory w zalewie

Udostępnij ten wpis:
budzę się ale nie otwieram oczu.
nie mam siły.
słyszę za to kogoś, kto ma ich w nadmiarze.
z westchnieniem zmuszam się do spojrzenia na zegarek.

z zaskoczeniem stwierdzam, że jest siódma.
nieprawdopodobne. a jednak czuję się niewyspana.

Mysia-Gęsia z grzywą opuszczoną na oczy marszczy nos i szczerzy się do mnie, ukazując cztery jedynki, które jeszcze nie do końca wyszły.

półprzytomna zwlekam się z łóżka. a to przecież dziś.
dzień pomidorów.

ich ilość przytłaczała, ale szybko okazało się, że nie taki diabeł straszny.

 suszone pomidory w zalewie


suszone pomidory w zalewie

przepis zainspirowany tym z kulinarne.info
 
s k ł a d n i k i:
(na 1 słoiczek; z moimi zmianami)

1 kg pomidorów lima
1 szklanka oleju z oliwą
bazylia, oregano (suszone),
1 ząbek czosnku
sól
płatki suszonej chili
1 łyżeczka octu

(moje słoiczki są dużo mniejsze, ale wystarczyło zachować proporcje)

w y k o n a n i e:

I etap

- pomidory przecinamy wzdłuż i usuwamy gniazda nasienne. nie jest to jednak konieczne, ale wtedy dwa razy dłużej się suszą.
- układamy je na folii aluminiowej na blasze dość ciasno. solimy.
- pieczemy w piekarniku nagrzanym do 70-80*C. w przepisie oryginalnym przeczytamy o 10 godzinach pieczenia. mnie to zajęło 5 godzin więcej.
- poidory są gotowe, jeśli znacznie się skurczą a ich brzegi zawiną do środka.

II etap

- przygotowujemy słoiczki.
- sporządzamy mieszankę ziół (bazylia i oregano), obieramy czosnek i kromy na połówki.
- zioła w tej samej ilości (łyżeczka) oraz po dwie połówki czosnku wkładamy do słoiczków. pomidory ciasno układamy na ziołach. dodajemy po łyżeczce (jeśli - jak u mnie - słoiczki są dużo mniejsze niż te standardowe na pomidory) octu i kilka płatków chili.
- podgrzewamy olej z oliwą i zalewamy pomidory.
- słoiczki zakręcamy i pozostawiamy do wystygnięcia. do spożycia nadają się po upływie min. 2 tyg.

suszone pomidory w zalewie


suszone pomidory w zalewie suszone pomidory w zalewie suszone pomidory w zalewie suszone pomidory w zalewie suszone pomidory w zalewie suszone pomidory w zalewie


 

podpis

białe leczo na tle pewnego uzależnienia

Udostępnij ten wpis:
pół miesiąca człowiek zamartwia się, czy na Święta ma to, czy ma tamto, czy zdąży z tym czy tamtym, czy pamięta o tym i siamtym.  i wszystko dla tych dwóch dni.

i tak mu zejdzie. aż - całkiem nieoczekiwanie - przyjdą Święta. tak wyczekiwane.

a kiedy przychodzą, człek tylko czeka, żeby już sobie poszły. im szybciej, tym lepiej. chociaż to zaledwie dwa dni.

wszyscy mają już dość jedzenia, sałatka jarzynowa wychodzi bokiem, a ciasto czyje się po brewki. siódma kawa zamulania przy białym obrusie, który w drugim dniu już raczej nie taki biały, a łaciaty. w tle szumi telewizor, słychać brzęczenie szklanek. nie wiem, czemu. wszyscy zawsze siedzą przy stole, ale ktoś nieustannie zmywa, by nie brakło szkła.

dwie doby. 48 h. i trzeba w nich zmieścić śniadanie, obiad z rodziną jedną i drugą, wujostwo na kawie, babcie też. a przecież nie wypada tak wpaść i wypaść. a przecież wypada.

chociaż wypaść to mogło jajko z koszyczka.

dzisiaj wypadło leczo. zaległe. | to znaczy wróć: zaległy jest przepis, bo po Świętach, dwa problemy: człowiek ma jedzenia dość, a lodówka pełna.

białe leczo


białe leczo

s k ł a d n i k i:

- 4 małe białe kiełbaski (parzone)
- 3 białe papryki
- 2 małe cukinie (lub jedna średnia)
- 2 duże pomidory (najlepiej malinowe)
- 1 śmietanka 18%
- sół i pieprz świeżo mielony do smaku

w y k o n a n i e:

- białą kiełbasę kroimy w półplasterki i podsmażamy w garnku.
- papryki kroimy w kostkę (bez gniazd nasiennych) i dorzucamy do podsmażonej już kiełbasy
- cukinie obieramy i kroimy w półplasterki. wrzucamy do garnka, kiedy papryka będzie półmiękka.
- uprzednio sparzone pomidory obieramy ze skórki i kroimy na małe kawałeczki. dodajemy gdy cukinia zmięknie.
- kiedy wszystko się podgotuje dodajemy śmietankę. podgrzewamy aż "zabulgocze". przyprawiamy do smaku.

białe leczo


białe leczo


białe leczo


białe leczo




Z pamiętnika MM


refleksja pt.: "Dziecko uzależnione od matki czy matka od dziecka?"


Nie zapomnę tego widoku: Pierwszy września. Matka odwozi dziecko do pierwszej klasy. Zdenerwowana mocno. Dziecko też, ale na jego twarzy maluje się coś jeszcze - zaciekawienie. Matka trzyma dziecko za rękę i cały czas coś do niego mówi. Ono potakuje, ale myślami jest już wśród rówieśników. Odważnie, choć jeszcze zerkając w stronę mamy podchodzi do innych dzieci. Drzwi zamykają się, kiedy po pierwszym dzwonku pani wchodzi do klasy. Zza drzwi dochodzi głos nauczycielki tłumaczącej dziatwie, że kiedy jakiś dorosły będzie wchodzić do klasy, mają wstać i chórem powiedzieć "dzień dobry". Dzieci ćwiczą: słychać szuranie krzeseł przy wstawaniu i jeszcze nierówne "dzień dobry". Matka siada na ławeczce w korytarzu. Uśmiecha się dumna jak paw. Czeka na przerwę, by zobaczyć się ze swoim "maleństwem". Po 40 minutach rozlega się dzwonek. Dzieci wybiegają z klasy. "Maleństwo" także, już w towarzystwie dwóch koleżanek. Pani zaskoczona widokiem mamy, pyta, czy coś się stało, czy może zapomniała czegoś przekazać swojemu dziecku. Nie, skąd, ona poczeka tutaj na nie, aż skończy lekcje. Potem wspólne zakupy i do domu. Uśmiecha się. Nauczycielka z zakłopotaniem tłumaczy, że nie może tak czekać. Trzeba iść dalej, oddać się innym obowiązkom... Nie, absolutnie! Ona sobie znakomicie radzi... Poza tym dziecko jej potrzebuje, a pani nauczycielka jest jeszcze młoda i nie rozumie tej więzi dziecka z matką. Ale proszę pani, tłumaczy wychowawczyni "Maleństwa", tu nie chodzi o panią, ale o dziecko. Trzeba mu umożliwić rozwój samodzielny, pozwolić wybierać, ostrzegać, ale też pozwolić się czasem sparzyć i czegoś nauczyć. Pani nie może tu zostać. I wtedy zaczyna się histeria. Kobieta początkowo walczy spokojnie, potem podnosi głos a kończy na rzewnych łzach i spazmatycznym płaczu. Nauczycielka prowadzi ją do kuchni, by podać jej wodę. Niech ochłonie. Ale sceny powtarzają się jak deja vu dzień w dzień, jakby poprzednie nie miały miejsca.




[caption id="" align="aligncenter" width="300"] źródło[/caption]

           Odkąd zostałam mamą bardzo często zdarza mi się patrzeć na inne kobiety i zastanawiać czy i one są mamami, jeśli tego na pierwszy rzut oka nie widać. A jeśli widać, obserwuję je. Często oglądając takie nadskakujące ze wszystkim mamy od razu mierzę się z pytaniem: Czy i ja tak będę cudować z dzieckiem? Czy i ja będę nadopiekuńcza?


        Nadopiekuńczość jest już sklasyfikowana przez psychologów jako problem natury psychicznej u matki. A kształtuje się on w konsekwencji jej problemów osobistych. Tu wyróżnia się neurotyczną osobowość, trudności prokreacyjne, wcześniejszą utratę dziecka, jedynactwo, zaburzone relacje małżeńskie, utratę partnera, samotne macierzyństwo, skłanianie matki przez męża lub członków rodziny do usunięcia ciąży. Nie można także pominąć przekazów międzygeneracyjnych - mimo że kobiety wychowywane przez nadopiekuńcze matki zwykle negatywnie oceniają ten styl wychowawczy, często powielają go we własnej rodzinie (Kornatowska, 2004). Słowem: bardzo wiele czynników może spowodować w kobiecie takie nadopiekuńcze tendencje. Czy zatem istnieje szansa, że ja sama uzależnię się od dziecka? Cóż, raczej nie. Ale nawet jeśli ktoś doświadczył wyżej wymienionych - należy tylko (chociaż dla niektórych to "aż) do grupy ryzyka, nie muszą one determinować nadopiekuńczości!




[caption id="" align="aligncenter" width="558"] źródło / ps. wygląda jak moja mała Mysia-Gęsia za pół roku[/caption]

           Cóż za nazwa! Bardzo pobłażliwa, chociaż jest to postawa nawet - odważę się napisać - niebezpieczna. Dla kogo? Na pewno dla dziecka. A dla matki - destrukcyjna. Oczywiście za ewentualne problemy emocjonalne dziecka wynikające z postawy matki odpowiadają "inni" - cały świat może być winny, ale nie ona. Ona chce dobrze...


           Wieczny lęk o latorośl, fanatyczna wręcz opieka (a może nawet ochrona), zaabsorbowanie dziecka swoją osobą, co powoduje efekt "zaciskających się kleszczy" a także rozpieszczanie dziecka to typowe "objawy". Matka musi kontrolować całe życie swojego potomka, wiedzieć wszystko o jego znajomych i środowisku w jakim bywa. Jeśli czegoś nie wie, wpada w histerię - strach o dziecko jest najsilniejszym bodźcem. Poza tym rodzicielce nie wystarcza fakt, że dziecko jest jej całym światem. Oczekuje, że ona jest nim dla swojego dziecka. Jakże bywa rozczarowana, kiedy dziecko chce samodzielnie (ona czyta: bez jej pomocy) coś zrobić. Cokolwiek. Choćby kupić batonika. Wróć: matka zdążyłaby wkroczyć do akcji zanim dziecko wypowiedziałoby słowo "batonik". Przecież te szkodzą zębom dziecka. Nawet jeśli ma ono już samo o nie dba. Czasem jednak dzieje się odwrotnie: zamiast prób wyswobodzenia się spod tego reżimu matczynej opieki - w dziecku rozwija się postawa roszczeniowa. Domaga się pomocy przy najprostszych czynnościach. Środowisko jednakże będzie go chciało naprostować. Niemniej jednak zanim się to stanie, dziecko, które później będzie nastolatkiem będzie osobą aspołeczną ("wolisz ich towarzystwo niż moje?!"), kompletnie nieprzystosowaną do życia, niesamodzielną ("daj, zrobię to za ciebie"), w dodatku pozbawioną szacunku wobec wielu wartości jak praca ("usiądź, nie męcz się, ja to zrobię"), pieniądze ("oczywiście, kochanie, a ile potrzebujesz?"), ludzie starsi ("to nie twoja wina, to ta pani była nie w porządku") i tak dalej. Nie trzeba chyba wspominać, że dziecko w życiu dorosłym nie będzie umiało stworzyć poprawnych relacji w związku (wieczne porównania: "mamusia to, bo mamusia tamto...") i najprawdopodobniej samo będzie nadopiekuńcze wobec swoich dzieci.




[caption id="" align="aligncenter" width="442"] źródło[/caption]

         Zakładając, że dziecko chce się wyzwolić spod jarzma matki, mamy praktycznie 100% pewność, że matka zasunie tekstem z cyklu: "Jak możesz mi to robić?! Przecież ja dla ciebie poświęciłam wszystko!" i ten szantaż emocjonalny wraz z zawodzącym płaczem towarzyszy dziecku nieustannie przy najmniejszej próbie wyzwolenia. Jeśli jednak jakimś cudem założy rodzinę i nie będzie powielało wzorca nadopiekuńczego rodzica, na pewno będzie się zmagało z atakami na drugą połówkę, nękaniem wizytami, telefonami, kontrola czy nawet ingerencja w życie intymne.




[caption id="" align="aligncenter" width="301"] źródło[/caption]

          Problem wydaje się odległy - wszystkim nam jawi się jako przewartościowanie matczynej miłości i zamienienie jej w koszmar dzieciństwa, który wlecze się jak smród przez całe życie. Tymczasem badania wykazują, że bardzo wiele matek można określić mianem nadopiekuńczych. Oczywiście nie w tym samym stopniu i nie zawsze w tak zaawansowanym. Lęk o dziecko, chęć zrobienia za niego wszystkiego czy pragnienia "uchylenia u nieba" jest naturalne. Podejrzane byłoby, gdyby tych pragnień nie było. Rodzice nie tylko wychowują i dbają o rozwój fizyczny, intelektualny i duchowy dziecka, ale także zmagają się lękiem o nie. Ale, jak podkreśla Małgorzata Osipczuk bycie rodzicem wymaga ciągłej konfrontacji z własnym lękiem o bezpieczeństwo dziecka, ale zdrowy rodzic przyjmuje do wiadomości, że nie jest w stanie uchronić go przed każdym zagrożeniem. Wie też, że dziecko aby się wzmocnić potrzebuje pewnej dawki stresu, wyzwania, czasem ryzyka, a przede wszystkim samodzielności w myśleniu i działaniu. Naturalnym jest też, że z każdym rokiem powinno oddalać się od rodziców a rodzica zadaniem jest powstrzymywać się od odruchowej pomocy i opieki, ograniczać własną ingerencję wraz z wiekiem dziecka (Osipczuk, 2007).


 

Bibliografia:
Konratowska I., Matki nadopiekuńcze, "Niebieska Linia", 2004, nr 2.
Osipczuk M., Nadopiekuńczość rodzicielska, www.psychotekst.pl, 2007.

 

odpocząć od smażonej ryby - gulasz rybny

Udostępnij ten wpis:
mysia śpi. śpij i ty.

ale nie mogę. boję się. czego? wilka złego. a gdzie on jest? za lasem...

no to idź spać.

a ja się buntuję. piąta kawa przed południem, ale mnie to jeszcze nie zastanawia. po powrocie do domu może nie zastałam stajni Augiasza, ale jednak z perspektywy weekendowej nieobecności w domu, kurz bardziej rzuca się w oczy. bardziej niż kawa, która już nie działa.

dziś ryba. inna, bo w gulaszu. jak ktoś, ja ja ma "do wyrzygania jeden krok" na myśl o smażeniu po raz n-ty ryby, polecam. czy "śmierdzi" rybą? cóż, u mnie w domu od zawsze jadało się ryby pod wieloma postaciami i ja ryby lubię, więc nie wiem, czy gulasz ma ten specyficzny zapach. jednak w domu nie znać, że ryba jest na obiad, a danie jest lekkie.

/przepis zainspirowany tym/

gulasz rbny


papier_1 - Kopia - Kopia (7) - Kopia papier_1 - Kopia - Kopia (8) - Kopia


gulasz rbny


gulasz rbny



 

Z pamiętnika MM

refleksja na temat... początku. 

Zapewne niejedna z nas zastanawiała się jak ten dzień będzie wyglądał, kiedy zobaczy słynne “dwie czerwone kreseczki”. Czy przez te kilka sekund mocniej zaświeci słońce, czy na niebie rozbłyśnie błyskawica, czy jednak będzie to bardzo ponury, szary a przy tym nijaki dzień? Miałaś się obudzić natchniona intuicją, że oto mały człowiek zaczyna się w tobie rozwijać? Mąż podczas testu miał cię trzymać z rękę albo z wyczekiwaniem czekał w salonie, chodząc nerwowo i obgryzając paznokcie?


Najczęściej jednak rzeczywistość daleka jest od realizacji naszych oczekiwań. Ja tego dnia obudziłam obudziłam się jakoś bez przekonania. Podreptałam do łazienki na pamięć i w ostatniej chwili przypomniałam sobie, że przecież miałam zrobić test. Nie wiem, czego oczekiwałam po sobie w takiej chwili, nie przewidziałam swojego zachowania w wariancie “dwie czerwone kreseczki”, ale pamiętam ten skurcz w żołądku. Przecież chciałam być w ciąży. Może nie było oficjalnego “starania się”, ale jednak oboje z eR. wiedzieliśmy, co nam “groziło”. Miałam się cieszyć, tak? A tymczasem zdenerwowanie wzięło górę. Umownym znakiem z eR. miał być telefon. Jeśli przed 8 zadzwonię, to prawdopodobnie właśnie z taką wiadomością. Wypowiadając magiczne “jestem w ciąży” czułam się, jakbym właśnie wymawiała irracjonalne “jestem kosmitką”. “No to super”, usłyszałam po drugiej stronie. Czyżbym wyczuła jednak nutkę zdenerwowania? “Pogadamy jak wrócę”.

Wdech i wydech, wdech i wydech. Serce przestało łomotać, oddech się uspokoił, a ja wciąż czułam się dziwnie, jakbym pod przysięgą zeznała, że naprawdę któraś gałąź drzewa genealogicznego wybiega poza naszą planetę.

Nie, nie zostawiłam sobie “na wieczną pamiątkę” próbki moczu, dowodu na obecność rozwijającego się we mnie dzieciątka. Wydaje mi się to dużą przesadą.

Po południu do domu wrócił poddenerwowany eR. Dotknął mojego brzucha, jakby od wczorajszego wieczora nabrał mocy i mógł go porazić. Przytulił mnie i powiedział: “Bardzo się cieszę. Naprawdę”. A po chwili dodał, uważnie mi się przyglądając: “Rzeczywiście jakoś inaczej wyglądasz… Tak jakby trochę ci brzuch już urósł.”

Tej nocy nie było seksu. Hormony podpowiedziały mi, że powinnam się obrazić.

 

podpis

rozgrzewająco - zupa krem pomarańczowa

Udostępnij ten wpis:
pomarańczowo mi. bez pomarańczy.

jak słoneczny dzień bez słońca, które grzeje. ciepłe światło pada na blat mojej kuchni. łaskocze moje dobrze schowane pokłady nadziei. a ta wychodzi i łasi się do moich nóg.

Jagódka uczy się korzystać z własnego głosu. po mamie. i piszczy.

odpędzam nadzieję nogą. dziecko piszczy jak mu dobrze, jak mu źle, jak jest głodne i rozbawione. nie piszczy tylko jak śpi i je. nerwowo włączam piekarnik. uprę się i zrobię tę zupę. i to właśnie taką, jak zaplanowałam, z pieczoną papryką.

dziecko zasnęło. zupa mogła powstać.

zupa pomarańczowa


krem pomarańczowy (marchew, papryka i pomidory)

składniki:

  • 1 litr bulionu warzywnego

  • 4 średnie marchewki

  • 3 papryki (u mnie hiszpańskie, podłużne: dwie czerwone, jedna żółta)

  • 1 puszka pomidorów + 1 łyżeczka koncentratu pomidorowego

  • sól, pieprz


wykonanie:

  • rozgrzać piekarnik do 200*C i piec papryki (bez gniazd nasiennych, z odrobiną oliwy), aż lekko poczernieją. gorące włożyć do woreczka foliowego na 5 minut (to pozwoli na oddzielenie skórki od miąższu).

  • do gotującego się bulionu dodajemy umyte, obrane i pokrojone w talarki marchewki.

  • pod koniec gotowania (kiedy marchew będzie prawie ugotowana) dodać obrane ze skórki papryki.

  • dodajemy pomidory w myśl zasady: w kwaśnym nie ugotujesz, więc czekamy, aż wszystko będzie całkiem miękkie.

  • miksujemy na gładką masę bez grudek.

  • doprawiamy wg uznania, idealnie do niej pasują małe grzanki lub świeży koperek.


zupa pomarańczowa


podpis

 

 

 

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia