Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kakao. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kakao. Pokaż wszystkie posty

obłędnie czekoladowe ciastka z malinami

Udostępnij ten wpis:
godzina 5:30
M. wierci się i zaczyna budzić. po omacku wyszukuję smoczek.
nie działa.chyba trzeba zwlec się do kuchni i zrobić jej mleko.
łapczywie zjada i zachęcona moim lulaniem, zasypia.godzina 5:59
dylemat o świcie: zmobilizować się i popracować na komputerze, czy wskoczyć do łóżka, szczelnie okryć kołdrą i złapać jeszcze godzinę snu.
postanowiłam zrobić sobie śniadanie i wraz z sokiem pomarańczowym ogrzanym nieco ciepłą wodą wskoczyć do łóżka. no i z laptopem.

coś tam zrobiłam. przez te szalone pół godziny, nim M. obudziła się i na dobre zaczęła ćwierkać.

dziś szaleńczo czekoladowe ciastka z malinami pełne miłości.
bo czymże jest połączenie mnóstwa czekolady z malinami w jednym ciastku, jak nie miłością. i to gorącą.

jeszcze jakieś wątpliwości?
- robi się je bez użycia sprzętów kuchenny,
- w jednej misce z użyciem trzepaczki/rózgi/widelca
- przygotowanie trwa najwyżej 10 minut (bez pieczenia)
- największy wysiłek: posiekanie czekolady
- najtrudniejszy moment: czekanie aż ostygną. tak, to jest bardzo ważne (dlaczego - przeczytasz poniżej)



(przepis za Moje Wypieki)



ciastka jak browniesz z malinami bez mąki


s k ł a d n i k i:

  •     3 białka

  •     pół szklanki kakao

  •     1 szklanka cukru pudru

  •     szczypta soli

  •     100 g posiekanej gorzkiej czekolady

  •     100 g posiekanej mlecznej czekolady

  •     niecała szklanka malin


w y k o n a n i e:


1. Do (nieubitych!) białek dodać kakao, cukier puder, sól. Wymieszać.

2. Dodać posiekaną czekoladę - kawałeczki powinny mieć mnie więcej wielkość niedużych rodzynek. Wymieszać.

3. Ciastka kłaść na 2 blachy wyłożone papierem do pieczenia (to jest ważne!). Średnica - ok 3 cm, ponieważ rozleją się w trakcie pieczenia: czekolada zacznie się topić i w ogóle. W związku z tym należy pamiętać o odległości między nimi, by się nie posklejały.

4. Maliny rozrywać na mniejsze cząstki (ale nie bardzo małe) i układać na ciastkach delikatnie je wciskając. Nie chodzi jednak o to, by je całkowicie zanurzyć.

5. Piec około 15 minut (ale po 10 minutach zaglądać, jak się mają, by ich nie spalić, a piekarniki są różne) w 180*C.

6. Odczekać, aż ostygną całkowicie. Dopiero wówczas będzie można je odkleić od papieru. Próby ich zdjęcia wcześniej spowodują, że porozrywają się. Będzie wrażenie, że są surowe. Po prostu czekolada musi się zestalić.


Przechowywać do 3 dni z owocami (mnie zostało kilka w czwartym dniu i wciąż były w porządku). Do tygodnia spokojnie, a może ciut dłużej pociągną ciastka bez owoców.


A maliny można zamienić na inne miękkie owoce: poziomki, truskawki (ćwiartki), borówki amerykańskie czy leśne jagody. Porzeczka też da radę.





Przepraszam, że zdjęcia nie są powalające. Brak dobrego oświetlenia wieczorem: zrobiłam szybką sesję tuż po zrobieniu (i ostudzeniu) ciastek na wszelki wypadek, słusznie przewidując, że na następny dzień może ich nie zostać za dużo.




ciastka jak browniesz z malinami bez mąki





Przepis ten pojawi się niebawem także na stronie babecznik.pl i od tej pory także tam będzie mogli/mogły spotkać się z moimi przepisami opatrzonymi moimi zdjęciami.






Zapisz

Zapisz

upały, senność i kawowe muffinki tiramisu

Udostępnij ten wpis:
chyba mieszkam gdzieś w tropikach.
zaraz po ulewnym deszczu przychodzi nieopisany upał trzydziesto-paro-stopniowy.
powietrze staje się tak ciężkie od wilgoci, że prędzej ryba wzięłaby głęboki oddech niż ja.

czyli znów płaczemy, że bajeczna aura na zewnątrz, a my w domu.
i jak tu się cieszyć wakacjami?

w chłodnym mieszkaniu panuje błoga cisza. Bulinka śpi snem sprawiedliwego, a obok niej śpi eR. - jak zabity, dla odmiany.

ja chciałam poczytać, ale powieki mi ciążą.
pić kawę, czy nie pić? oto jest pytanie.

nie, jednak nie.
jednak zamiast kawy, wezmę sobie babeczkę.
tiramisu zamknięte w małej, rozkosznej muffince.

od razu lepiej.

muffinki tiramisu
muffinki tiramisu

s k ł a d n i k i "suche" na ciasto

- 2 szkl. mąki
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1 szczypta soli
- 1/2 szkl. cukru (ja dałam trochę mniej)

s k ł a d n i k i  "mokre" na ciasto

- 2 jajka
- 1/2 szkl. stopionego masła
- 1/2 szkl. mleka

+ 1/3 szklanki mocnej czarnej kawy
+ kakao (około 1-2 łyżki)
s k ł a d n i k i na krem kawowy

- 1 opakowanie serka mascarpone (250 g)
- kubeczek (mały, ok 150 g) śmietany 30% lub 36%
- 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej instant z małą kopką (najlepiej tej "piaskowej") - nie zaparzonej!
- 1 łyżka kakao
- 2 łyżki cukru pudru

w y k o n a n i e:

1. piekarnik włączyć na 180*C.
2. w jednej misce dobrze wymieszać składniki "suche", w drugiej "mokre".
3. formę na muffinki wyłożyć papilotkami.
UWAGA: ciasto mieszamy i od razu nakładamy do foremek (formy) tuż przed włożeniem do piekarnika.
4. do "suchych" składników dodajemy "mokre" i szybki mieszamy tylko aż składniki się połączą. zbyt długie mieszanie sprawi, że babeczki nie wyrosną i ciasto będzie twarde i gliniaste, a nie lekkie.
5. do każdej foremki (otworku w formie na muffinki) nakładamy pół łyżki ciasta. następnie przesiewamy kakao nad każdą muffinką i znów nakładamy pół łyżki ciasta. ma ono sięgać do 2/3 wysokości w każdej foremce.
6. pieczemy przez 20-25 min do tzw. "suchego patyczka" (wkładamy drewniany patyczek - np. do szaszłyków - i wbijamy w środek muffinki; jeśli po wyjęciu jest suchy, to babeczki są gotowe).
7. studzimy na kratce. w tm czasie przygotowujemy krem kawowy i zaparzamy kawę (1/3 szklanki)
8. schłodzoną śmietanę ubijamy prawie na sztywno, pod koniec dodając cukier puder, kawę i kakao (jeśli masa wydaje się nam mało słodka, dodajemy cukier).
9. masę schładzamy.
10. ostudzone muffinki nasączamy kawą.
11. krem kawowy nakładamy do rękawa cukierniczego i wyciskamy na każdą babeczkę (można go też nakładać szpatułką). na koniec obsypujemy kakaem.

muffinki tiramisu

muffinki tiramisu

muffinki tiramisu

podpis

w te walentynki uderzmy w tradycję - lamingtony

Udostępnij ten wpis:
ja: upiekę coś na Walentynki. powiedz mi po prostu, na co masz ochotę.
eR: wiesz, mogłabyś zrobić takie ciastka kokosowe...
ja: eee...

w oczekiwaniu na jakieś szczegóły

eR: no wiesz - takie, co są na każdym wiejskim weselu.
ja: oo...!

szczena idzie w dół...

eR: no, taka jakby kostka: ciemna, posypana kokosem a w środku takie jeasne jest.
ja: yyy...
eR: ja je zawsze lubiłem.
ja: aaa...

jeszcze kilka pytań i wypowiem wszystkie samogłoski

eR: a Ty nie?
ja: no jakoś nie...

nigdy nie przepadałam za tymi słodkościami. wydawały mi się zapychające i suche. i nudne. i takie oczywiste - obowiązkowy uczestnik każdej potańcówy w gminnej remizie.

ciekawe jest natomiast to, że - jak wynika z moich obserwacji - to właśnie te ciastka zawsze zostają.
ale właśnie kiedy je zrobiłam - każdy, kto zobaczył je na stole kwiczał, z radości, jak to on/ona je uwielbia.
hmm.

fakt jest, że mnie mój własny wypiek bardzo smakował.
ciasto biszkoptowe, mimo że wygląda jak ucierane, duszące i suche - jest leciutkie, delikatne i prawie zorpływające się w ustach.

lamingtony

lamingtony/kokosanki/kudłacze/kostka kokosowa

/czy wiecie, że przepis na lamingtony (lamingtons), znane w mojej okolicy jako kokosanki, czy kostka kokosowa, pochodzą z Australii? są tam bardzo popularne. jak i u nas./
/przepis stąd/

s k ł a d n i k i:

ciasto:

- 2 jajka
- 100 g miękkiego masła
- 250 g cukru pudru
- 1 szklanka mleka 3,2%
- 500 g mąki pszennej
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia

polewa:

- 300 g masła
- 250 g cukru zwykłego
- 3/4 szklanki mleka 3,2%
- 1 łyżka spirytusu
- 40 g kakao

+ wiórki kokosowa (ok 250 g)

w y k o n a n i e:

1. masło utrzeć z cukrem, tak aby cukier zaczął "zanikać". dodać jajka. znów ucierać.
2. naprzemiennie po trochu dodawać raz mleko, raz mąkę (przesianą i dobrze wymieszaną z proszkiem do pieczenia).
3. ucierać, aż masa nie będzie jednolita.
4. ciasto wlać do formy o wymiarach (34x23) wyłożonej papierem do pieczenia.
5. piec w 180*C przez 30-35 min. (do suchego patyczka).

6. w misce umieścić cukier, mleko i rozpuszczone masło. miskę postawić na garnku z gotującą się wodą (miska nie emoże dotykać tafli wody).
7. mieszać, aż masa się wręcz zagotuje a cukier rozpuści.
8. pod koniec dodać spirytus i kakao. dokładnie wymieszać. zostawić do ostudzenia (masa nie powinna być całkowicie zimna).

9. ciasto, które jest już wystudzone pokroić na kwadraty (4-5 cm.)
10. maczać biszkopty wciepławej polewie i obtaczać w wiórkach kokosowych dokładnie ze wszystkich stron. odstawić aż całkiem ostygną.

lamingtony/kokosanki/kudłacze/kostka kokosowa


lamingtony/kokosanki/kudłacze/kostka kokosowa


lamingtony/kokosanki/kudłacze/kostka kokosowa


lamingtony/kokosanki/kudłacze/kostka kokosowa


podpis

muffinki czekoladowe z suszoną śliwką i chili

Udostępnij ten wpis:
znów reanimuję się kawą.
biały śnieg, czarne konary drzew.
białe chodniki, czarne ulice.
białe pola, czarne plamy domostw.
a ja mam żyć jakbym mieszkała na tęczy.

a przynajmniej takie sygnały posyła mi panienka H.

i chyba pierwszy raz odrzucam papierowe w smaku świeże warzywa, na rzecz...
babeczek mocno czekoladowych z suszoną śliwką i chili.

no, może nie spowodowały, że usiadłam na tęczy,
ale ją zobaczyłam

muffinki czekoladowe z suszoną śliwką i chili

muffinki czekoladowe z suszoną śliwką i chili.
/jakie one są? w brew pozorom lekkie. najlepsze jeszcze ciepłe. czekolada w ciepłych jeszcze muffinkach jest płynna, a śliwka w środku zaskakująca. chilli powoduje, że wyjątkowo rozgrzewa/

 

s k ł a d n i k i:

- 100 g masła
- 100 g drobnego cukru do wypieków
- 2 łyżky cukru waniliowego lub wanilinowego
- 15 g kakao
- 1 jajko
- 2 łyżki serka śmietankowego lub homogenizowanego
- 2 łyżki kwaśnej śmietany
- 2 łyżki maślanki
- szczypta płatków chili
- 50 g gorzkiej czekolady posiekanej z grubsza
- 250 g mąki pszennej
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- szczypta soli
- 12 suszonych śliwek

w y k o n a n i e:

1. w rondelku połączyć masło w temp. pokojowej, drobny cukier i wanilinowy oraz kakao. podgrzewać, aż składniki się połączą. wówczas zdjąć z gazu. używać po ostygnięciu.
2. w jednej misce dokładnie połączyć ze sobą składniki "mokre": jajko, serek śmietankowy (bądź homogenizowany), śmietanę i maślankę.
3. w drugiej misce dokładnie wymieszać składniki "suche": przesianą mąkę, proszek do pieczenia i sól.
4. do rondelka z ostudzoną już masą kakaową dodać chili i posiekaną czekoladę. następnie do masy wlać wymieszane składniki "mokre". dokładnie wymieszać.
5. połączyć składniki "mokre" i "suche" bardzo szybko za pomocą łyżki. w miarę dokłanie, ale mogą pozostać grudki. zbyt długie mieszanie spowoduje, że babeczki nie wyrosną i będą twardawe.
6. nakładać po 1 łyżce ciasta do foremek, które wcześniej należy wyłożyć papierowymi papilotkami (do 3/4 wysokości foremki). do środka wcisnąć po 1 śliwce.
7. piec przez 20-25 min. w 190*C. do suchego patyczka.

muffinki czekoladowe z suszoną śliwką i chili


muffinki czekoladowe z suszoną śliwką i chili


muffinki czekoladowe z suszoną śliwką i chili


muffinki czekoladowe z suszoną śliwką i chili


muffinki czekoladowe z suszoną śliwką i chili


muffinki czekoladowe z suszoną śliwką i chili



podpis

bardzo czekoladowe ciasteczka świąteczne

Udostępnij ten wpis:
nie jadam czekoladowych ciastek.
w ogóle jakoś do ciastek mi nie po drodze.

ale kiedy zobaczyłam je tutaj, po prostu musiałam je zrobić.
tak na poprawę nastroju.
a raczej na zagłuszenie zmęczenia.

wciąż zastanawiam się, czy tylko ja mam taki problem.
noc przestała być nocą odkąd Jagódka, zwana Mysią-Gęsią i bałym Bąbelkiem się urodziła.
kolki, zmiana na inne mleko, odkrywanie świata, zęby, nowe umiejętności, znów zęby i tak dalej.
i na przestrzni tych wspaniałych kilkunastu miesięcy na palcach jednej ręki mogę policzyć noce, w których się nie budziła, a ja względnie wyspałam.

i jak tu nie szukać rozwiązania w kuchni? piekę więc te ciasteczka.
na przekór sobie, bo przecież nie lubię ciastek.
głównie dla męża.

ale jeszcze ciepłe, z rozpływającą sie czekoladą - po prostu mną zawładnęły.

koniecznie podgrzać przed podaniem - temperatura zamienia je z gliniastych ciastek a'la brownie w lekko ciągnące się cudeńka z lejącą się wręcz czekoladą.
i jak tu się w nich nie zakochać?

chocolate chip cookies

/przepis zaczerpnęłam stąd/

chocolate chip cookies

s k ł a d n i k i:

  • 100 g masła

  • 300 g czekolady (po 100 g białej, mlecznej piernikowej i gorzkiej)

  • 1 pełna szklanka (155 g) mąki pszennej z pełnego przemiału

  • 1/3 łyżeczki sody oczyszczonej lub proszku do pieczenia

  • szczypta soli

  • 3 łyżki gorzkiego kakao

  • 70 g brązowego cukru

  • 70 g białego cukru

  • 1 jajko

  • 1/3 szklanki mleka


w y k o n a n i e:

- masło pokroić z kostkę.
- czekoladę pokroić na małe kosteczki (każdą kostkę podzielić na 4)
- w misce połączyć: mąkę, proszek do pieczenia, sól i kakao. dokładnie wymieszać.
- w wyższym pojemniku utrzeć masło z mieszanką cukrów (cukier nie musi się całkiem rozpuścić).
- dodać jajko, znów ucierać przez 2 min.
- w dwóch partiach dodać suche składniki. przy drugiej dodać także mleko.
- łyżką wmieszać czekoladę.
- nabierać po 1 łyżce i formować kulki, kłaść je w odstępach na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. lekko spłaszczyć. ciasteczka nie powinny czekać w temperaturze pokojowej. od razu powinny wylądować w piekarniku.
- resztę masy schować do lodówki. wykorzystać po upieczeniu pierwszej partii.
- piec w 160*C przez 14 min. brzegi będą twardniały, a środek wciąż będzie się uginał pod naciskiem palca. ciasteczka stężeją podczas stygnięcia.

podawać koniecznie ciepłe lub podgrzane.

chocolate chip cookies


chocolate chip cookies


chocolate chip cookies


chocolate chip cookies


podpis

na deszcz, na beznadzieję i zły humor: muffinki czekoladowe z kremem kawowym

Udostępnij ten wpis:
na dzień taki jak ten.
i jak ten, który był wczoraj i przedwczoraj.
i najlepiej jeszcze na taki, jaki zapowiadają na jutro i pojutrze.

Mysia-Gęsia zwana ostatnio Bąbelkiem lub - o, zgrozo - Pućkiem, robi podkówkę zmieniając się w małą małpkę i buczy pod nosem szukając smoczka.
a czemu tak buczy? tego nie wiem. sama jeszcze nie umie mi tego powiedzieć.

ale buczy cały boży dzień.
a, no i ostatnio też pół nocy.

czy nie ma mnie więc prawa boleć głowa?
czy nie mam prawa czuć się tak, że "weź mnie stąd, ku*** ktoś"?
czy nie mogę mieć tego dość?
czy nie mogę chcieć się wyłączyć z tego wariatkowa?

sądze, że tak. no i co z tego?
nie ma mnie kto zastąpić. muszę sobie z tym jakoś radzić.
i w takich właśnie sytuacjach robię na przykład takie muffiny:
mocno czekoladowe z serkiem mascarpone i kremem ciasteczkowo-kawowym.

i od razu jakoś bardziej chce się żyć.

muffinki czekoladowe z mascarpone z kremem biszkoptowo kawowym

mocno czekoladowe muffinki w kremowym serkiem i kremem ciasteczkowo-kawowym
/muffinki z tego przepisu (z moimi małymi zmianami). krem mojego pomysłu/

s k ł a d n i k i:
muffiny:

• 1 i 1/2 szklanki mąki pszennej razowej
• 1/2 szklanki cukru
• 3 łyżki kakao
• 1 łyżeczka sody oczyszczonej
• 1/3 łyżeczki soli
• 1/2 szklanki wody
• 1/2 szklanki maślanki
• 1/3 szklanki oleju roślinnego
• 1 łyżka octu winnego
• 25 g posiekanej drobno czekolady gorzkiej
• 25 g posiekanej drobno czekolady białej

nadzienie:

• 125 g serka mascarpone (lub cream cheese)
• 2 łyżki cukru
• 1 łyżeczka mąki pszennej
• 1 białko

w y k o n a n i e:

- serek mascarpone wymieszać dokładnie z cukrem, mąką i białkiem. włożyć do zamrażarki na 40 min.
- piekarnik nagrzać do 175*C
- mąkę i kakao przesiać. dodać cukier, sodę, sól i czekoladę i dobrze wymieszać.
- w drugiej misce wymieszać płynne składniki: wodę, maślankę, olej, ocet winny. wymieszać dokładnie.
- "mokre" składniki dodajać do suchych i delikatnie połączyć wszystko łyżką. należy pamiętać, by nie robić tego zbyt długo i dokładnie.
- formę na muffinki wyłożoną papilotkami wypełniać w następujący sposób: najpier po jednej płaskiej łyżce masy czekoladowej, następnie na środek kłaść kopiastą łyżeczkę zmrożonej masy z serka mascarpone a na koniec znów całość przykryć masą czekoladową. w ostatecznym rozrachunku foremki powinny być napełnione do 2/3 wysokości.
- piec 25-30 min. do tzw. suchego patyczka (ma być suchy, kiedy wetkniemy go w babeczkę).
- studzić na kratce.

s k ł a d n i k i na krem:

- 8-10 okrągłych większych biszkoptów*
- 2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej (pył)
- 100 g serka mascarpone
- 100 g śmietany 30%

w y k o n a n i e:
- biszkopty przerobić na drobny pył w malakserze. dodać łyżeczkę kawy**.
- 1/5 szklanki gorącej wody zalać 1 łyżeczkę kawy rozpuszczanej. płyn dodać do biszkoptów i dobrze wymieszać.
- w misce ubić śmietanę i dodać serek mascarpone. krótki miksować, tylko do momentu połączenia.
- do masy śmietanowej dodać masę z ciastek. dobrze wymieszać łyżką.
- gotowy krem włożyć do rękawa cukierniczego i używając wyobraźni udekorować ostudzone babeczki.

* takiej wielkości jak np. te tutaj.
** jeśli nie mamy kawy, która teksturą przypomina pył, w tej samej ilości wody rozpuśćmy 2 łyżeczki kawy.

muffinki czekoladowe z mascarpone z kremem biszkoptowo kawowym

muffinki czekoladowe z mascarpone z kremem biszkoptowo kawowym

muffinki czekoladowe z mascarpone z kremem biszkoptowo kawowym

muffinki czekoladowe z mascarpone z kremem biszkoptowo kawowym

podpis

kruidnoten - szybkie pierniczki holenderskie

Udostępnij ten wpis:
kruidnoten.
nawet nie wiem, jak to przeczytać, a mimo to nie odstrasza mnie.
zwłaszcza, kiedy okazuje się, że pod tą dziwną nazwą kryją się małe pierniczki-kuleczki.
błyskawiczne w przygotowaniu. i banalnie proste.
jeśli w domu mamy smyka, który tylko czeka na słodyczne od Mikołaja,
albo urwisa, który przeszkadza w przygotowaniach - idealne.

małe szkraby, które nie potrafią usiedzieć w miejscu zajmą się lepieniem kuleczek (zwłaszcza, kiedy potem zobaczą efekt). te, które czekają na czekoladki, będą mogłby wcinać zrobione własnoręcznie i dużo zdrowsze pierniczki.

propozycja dość wczesna, ale czasem mnie samej chce się wieczorem takiego pierniczka: korzennego i idealnego do grzanego piwa.

i najważniejsze: pierniczki są idealne do wykonania dzień przed Wigilią. są od razu gotowe do jedzienia!

kruidnoten szybkie pierniczki
kruidnoten
/przepis zaczerpnęłam stąd/

s k ł a d n i k i:

Składniki :
- 115 g mąki tortowej
- duża szczypta proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka przyprawy do piernika (bez kakao, lub pominąć je w przepisie)
- ½ łyżeczki kakao
- 50 g brązowego cukru (można go zastąpić białym)
- szczypta soli
- 50 g miękkiego masła
- 1 łyżeczka miodu
- 2 łyżki mleka

w y k o n a n i e:

- wszystkie składniki umieścić w misce i szybko wyrobić
- łyżeczką nabierać trochę ciasta i forować ładne kuleczki wielkości orzecha laskowego (około 40)
- układać na blasze wyścielonej papierem do pieczenia (pamiętać o zachowaniu odległości)
- piec przez 20 min. w 160*C
- po wystudzeniu przechowywać w szczelnym pojemniku.

 

kruidnoten szybkie pierniczki

kruidnoten szybkie pierniczki

kruidnoten szybkie pierniczki

kruidnoten szybkie pierniczki

 

podpis

księżycowe ciasteczka rumowe

Udostępnij ten wpis:

... w których nie ma prawdziwego rumu. i dobre. jestem chora, więc grzech pt. "smak rumu zamiast rumu" powinien mi być wybaczony.


goście, goście. i jeszcze raz goście. a tak na dobrą sprawę to goście razy pięć. mała Mysia-Gęsia śpi. mama najchętniej też by się położyła, ale goście. zamiast im odmówić, to potwierdziła, że przecież "oczywiście, czekamy". tylko eR. pokręcił głową.


szybko (a co należy rozumieć: "żwawym" krokiem osłabionej chorobą biduli) przepatrzyłam szafki: kawa jest, herbata jest. tylko jak na złość wszystkie ciastka, słodkości kupowane głównie na tego typu okazje - wyparowały. zostały jakieś suche herbatniki i czekolada. gorzka.


desperacko sięgnęłam po malakser i na poczekaniu wymyśliłam coś, co okazało się tak proste jak bezbłędne.


ciasteczka z herbatników

ciasteczka księżycowe o smaku rumu z czekoladą

s k ł a d n i k i:


- 200 g herbatników pełnoziarnistych
- 150 g masła
- 2 łyżki miodu
- 1 łyżka gorzkiego kakao
- 1 łyżka syropu "rum z czekoladą"
- 1 tabliczka gorzkiej czekolady
- 2 łyżki gęstej śmietany (18%)


w y k o n a n i e:


- na gazie z rondelku rozpuszczamy masło. w tym czasie miksujemy herbatniki na "pył" (możemy je też mocno rozwałkować przez woreczek).
- do rozpuszczonego masła dodajemy miód.
- masło z miodem łączymy z herbatnikami. mieszamy łyżką.
- do masy dodajemy kakao i syrop (warto próbować masy, by była ona odpowiednio słodka - jak lubimy).
- masę przekładamy na wyłożoną papierem śniadaniowym tortownicę o średnicy ok 24 cm. dociskamy łyżką.
- wstawiamy do lodówki na 1-1/2 h.
- w kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę. kiedy się rozpuści zdewjmujemy z gazu i dodajemy stopniowo śmietanę (uważając, by się nie zwarzyła).
- czekoladę rozsmarowujemy równo na stwardniałym spodzie.
- wkładamy do lodówki, aż czekolada zastygnie.
- wykrawamy szklanką ciasteczka, by przypominały księżyce.


 ciasteczka z herbatników ciasteczka z herbatników

podpis

 

urodzinowo: mocno czekoladowe muffinki z gruszką

Udostępnij ten wpis:
jest 21:30.
cisza w całym mieszkaniu. eR poszedł do kumpla na mecz. mało romantycznie. mała Mysia-Gęsia śpi.
a ja przed laptopem z kieliszkiem białego wina. tego mi było trzeba.
no, to "najlepszego!", życzę sobie na te kolejne-z-rzędu-urodziny.

wróć: nie, to nie tak, że wszyscy się na mnie wypięli i teraz topię łzy samotności w tym winie. tylko dopiero teraz mogłam sobie na to pozwolić. na wino, nie na łzy.

dziwna rzecz, z tymi urodzinami. przecież tak naprawdę codziennie człowiek starzeje się o jeden dzień. kiedy ma urodziny nie starzeje się o rok, a zaledwie o jeden dzień. tylko, że to właśnie ten dzień zaczyna odliczać dni do kolejnych urodzin. niestety.

czy lubię urodziny? nie za bardzo. tylko się człowiek zdenerwuje, że "to jednak się starzejemy", chociaż na co dzień przecież czas dla nas stoi w miejscu: wciąż mamy te może już nie osiemnaście lat, ale dwadzieścia... dwa, powiedzmy. w końcu, czy nie na tyle się czujemy?
tylko inni wokoło się starzeją, dzieci rosną, a my odhaczamy kolejne dni, jakby nas to wcale do śmierci nie przybliżało.

urodzin nie lubię też dlatego, że właśnie wtedy człowiekowi zbiera się na takie rozważania i zamiast się cieszyć z mnogości życzeń od życzliwych mu ludzi, to dołuje się upływem czasu, a w głowie pojawiają się rozmyślania grobopodobne. zaraz potem startują myśli ostateczne: życie po życiu i te klimaty.

i jak tu polubić urodziny?
z drugiej strony, kiedy mąż zapomina o nich, to jednak tak głupio. w końcu tych dat w jego życiu nie ma aż tak wiele.
nevermind.

grunt, że przynajmniej mogę na te urodziny zapomnieć o wszelkich dietopodobnych postanowieniach i zjeść nawet dwie takie muffinki. wyjątkowe: mocno czekoladowe i wilgotne w środku z idealnie komponującą się gruszką.

muffinki czekoladowe z gruszką

/przepis zaczerpnięty stąd, ale nieco przeze mnie zmieniony/

muffinki czekoladowe z gruszką




s k ł a d n i k i  (na 12 babeczek):

- 110 g mąki
- 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1 łyżeczki kakaa
- 1/2 tabliczki gorzkiej czekolady (min 70%)
- 150 g masła
- 60 g cukru
- 80 ml śmietanki 30%
- 60 ml maślanki
- 2 jajka
- 1/3 łyżeczki soli
- 1 gruszka

w y k o n a n i e:

- nagrzać piekarnik do 180*C.
- pokroić gruszkę w kostkę (jeśli ma twardą skórkę - obrać)
- przesiać mąkę, kakao, proszek do pieczenia i wymieszać.
- dodać 1/2 łyżeczki soli i masło. wymieszać składniki palcami, jak kruszonkę - rozcierając masło
z sypkimi składnikami - sprawnie, by masło się nie roztopiło.
- dodać cukier i wmieszać go łyżką.
- w misce połączyć śmietankę, maślankę i jajka. roztrzepać trzepaczką, ale nie ubić.
- połączyć obie masy szybko i krótko - jedynie do połączenia się składników.
- masę rozłożyć do formy na muffinki (wypełnione papilotkami). do każdej wcisnąć kilka kostek gruszki.
posypać startą czekoladą (opcjonalnie).
- piec 25-30 min.


muffinki czekoladowe z gruszką

muffinki czekoladowe z gruszką


muffinki czekoladowe z gruszką


muffinki czekoladowe z gruszką




Z pamiętnika MM


refleksja na temat... tego, co w ciąży (nie)typowe: zachcianki i wstręty.


Jesteś w ciąży. Już to wiesz: wszystko na niebie i ziemi mówi ci o tym, na czele z czterema testami ciążowymi i ginekologiem. Ale ciało milczy. Gdzie te słynne objawy? Gdzie poranne mdłości i ciążowe zachcianki?


Może akurat jesteś w tej grupie kobiet, którym to właśnie ciało “oznajmiło”, że coś się święci. Ja należałam do tych, którym ciało zaledwie podpowiedziało. Dyskretnie, ale jednak był to konkret.


Tak czy inaczej, kiedy potwierdziło się, co miało potwierdzić, organizm na wszystkie ciążowe atrakcje kazał czekać do końca drugiego miesiąca.


I tak, z pierwszym dniem trzeciego miesiąca, sporządzając (jeszcze w łóżku) na kartce listę zakupów dla eR., przy wypisywaniu na niej mięsa mielonego do spaghetti, poczułam silne mdłości wraz z szybkim napływaniem do ust “ciepłej śliny” – niechybny znak, że w przeciągu kilku sekund absolutnie należy być już w toalecie.


Normalnie zapewne zastanawiałabym się, czy to nie myśl o mięsie wywołała mdłości. Ja jednak wiedziałam: zaczęło się.


Potem było tylko ciekawiej. Wbrew swojemu “biologicznemu budzikowi”, nie mogłam wstać nawet w południe. Tygodniami zajadałam się samym serem camembert (z mleka pasteryzowanego!), nie mogąc potem nawet o nim pomyśleć. Włączył mi się “chemio-radar”, który wykrywał w żywności wszelką dodaną chemię i inne paskudztwa, które miały “poprawić” a to kolor, a to konsystencję, a to w końcu – o, zgrozo! – smak. Odrzucało mnie na kilometr od pryskanych owoców czy nawet soków (czułam w nich głównie cukier i sok mocno rozcieńczony wodą), nie wspominając o takich produktach jak kostki rosołowe czy chipsy…


Nie zapomnę, jak nocując u siostry umówiłyśmy się na film. Zakupili z mężem świeżo wyciśnięty sok dla mnie, a dla siebie paczkę chipsów. Serowych. Zawsze były dla mnie najokrutniejszą przekąską: nie dość, że z zasady nie jadam chipsów, to jeszcze te są najintensywniej i najbardziej śmierdzące! Teraz jednak nie byłam w stanie siedzieć na kanapie koło tego, kto trzymał paczkę. “Przesiądź się”, mówię do siostry, “bo te chips, wybacz, ale śmierdzą rzygami…”. Dokładnie tak to wówczas ujęłam. Ona – jak to ona – w ogóle się nie przejęła porównaniem, tylko wybuchnęła szczerym śmiechem.


Poza tym wypijałam hektolitry świeżo wyciskanych soków, uprzednio wybłagując u eR. sokowirówkę*. Oczywiście rozcieńczałam je wodą, ale wolałam robić to sama, niż płacić za to producentom soków.


Ale najbardziej zdumiewał mnie mój węch. Wrażliwy, jak nigdy dotąd, wyczuwał wszystkie zapachy. Nie tylko te subtelne i ładne, ale – a może głównie – te odpychające, których normalnie nikt nie chce wyczuwać. Począwszy od butów w korytarzu, które wyczuwałam będąc w sypialni. Leżąc już w łóżku docierał do mnie zapach lodówki, którą eR. czasem z nudów krótko wietrzył – tak, by sprawdzić, czy może czegoś by nie zjadł. Przestałam robić zakupy, bo w nozdrza już od progu uderzał mnie zapach wielkich chłodziarek i zamrażarek, mieszaniny ludzkich zapachów i różnych perfum oraz czegoś pomiędzy surowym mięsem a słodyczami.


Z reguły szerokim łukiem omijałam regały ze słodyczami, bo śmierdziały starym tłuszczem. Podobnie było w działach z przekąskami (paluszki, orzeszki, krakersy i chipsy). Chętnie za to chadzałam do pobliskiej piekarni, której zapach mnie urzekał za każdym razem.


A w tak zwanym międzyczasie – szalały hormony. To płacz – to śmiech. Raz rozpierała energia, a raz leżałam jak dętka. Czasem wydawało mi się to bardzo naturalne: ten dowcip był przezabawny, ale jak się dłużej nad nim zastanowić… czy on mnie nie obraża? I nieszczęście gotowe.


Czytając o nietypowych oznakach w Internecie (a zapewniam, ze jest tam tego całe morze), można się dowiedzieć naprawdę zatrważających rzeczy. Chęć gryzienia gumy, jedzenia kredy, ziemi, lizania tynku, czy wdychanie zapachu markerów, to tylko niektóre i – wierzcie mi – naprawdę subtelne w porównaniu z niektórymi. I, naprawdę, czytając o nich nie miałam chęci na podobne dziwactwa, dopóki nie naszła mnie chęć na śledzie w occie…


Byliśmy z eR. zaproszeni na ostatkową imprezę do siostry. To właśnie wtedy poczułam, że MUSZĘ – oczywiście natychmiast – zaspokoić chęć zjedzenia śledzia w occie. A w domu nie było. Mój eR. zaproponował, że kupimy w drodze na imprezę. Miało to jednak nastąpić dopiero za 2 h. W sklepie cała się trzęsłam, żeby nie otworzyć słoika przy ludziach między regałami. U siostry szybko otwarłam i pochłonęłam z lubością jednego fileta (który w momencie zaspokoił moją potrzebę zjedzenia czegoś kwaśnego), wcześniej ledwie powstrzymując się przed wypiciem zalewy octowej…


Poza tym, muszę przyznać, że ciąża generalnie przebiegała książkowo (poza jednym incydentem, o który innym razem) wraz z podręcznikowymi objawami. Tak, jak z siostrą jesteśmy różne (ani z wyglądu ani z charakteru nie przypominamy siostry), tak i nasze ciąże różnie wyglądały. Ona, nie wiedziałaby, że jest w ciąży, gdyby w końcu brzuch jej nie urósł. Ja, od końca drugiego miesiąca nie byłam w stanie ani na moment o tym fakcie zapomnieć. Dzięki temu nasze dzieci także są skrajnie różne (przez wygląd po charakter jako noworodki i niemowlęta).


PS. A co Wasze ciało Wam mówiło? Czy może, jak mojej siostrze – niewiele?


__________________
* Pokładałam się po meblach, usiłując najwiarygodniej pokazać, jak bardzo umieram z pragnienia. Soków sklepowych przecież nie mogłam tknąć!


Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia